wtorek, 27 sierpnia 2013

Daniel Zarzycki - wywiad z twórcą muzyki elektronicznej

WW: Witaj Daniel. Dziękuję za przyjęcie zaproszenia! Bardzo mi miło gościć Ciebie po raz pierwszy na łamach elmjuzik!

DZ: Witam, dziękuję za zaproszenie.

WW: Daniel, przybliż czytelnikom i fanom muzyki elektronicznej swoją osobę, jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką, od kiedy tworzysz muzykę...?

DZ: Odkąd pamiętam, interesowałem się przedmiotami wydającymi dźwięki. W roku 1980 podczas wakacji w RFN miałem dostęp do organów Hammonda. Spędzałem przy nich długie godziny. Co prawda tamte wakacje szybko minęły, ale zainteresowanie instrumentami zasilanymi prądem elektrycznym pozostało do dziś. Jakiś czas później zacząłem samodzielnie składać różne układy elektroniczne zafascynowany możliwością wydawania przez nie dźwięków. Zacząłem budować najpierw proste układy, później eksperymentowałem wprowadzając różne modyfikacje. Gdy się okazało, że takie doświadczenia przeprowadzało już wielu przede mną, zacząłem szukać artykułów i książek na ten temat. Zostałem stałym czytelnikiem czasopisma Radioelektronik, na łamach którego znalazłem kilka ciekawych projektów.

Jeden z takich projektów zainteresował mnie szczególnie - była to kompletna dokumentacja syntezatora autorstwa pana Grzegorza Wodzinowskiego. Rozpocząłem budowę tego urządzenia, jednak z czasem musiałem uprościć ten projekt, głównie ze względu na kiepskie zaopatrzenie sklepów z elementami elektronicznymi. W połowie lat osiemdziesiątych zdobycie kompletu potrzebnych części zajmowało całe miesiące intensywnych poszukiwań. Niemałą też trudność sprawiało zdobycie klawiatury, ale ostatecznie udało mi się taką zamówić u pewnego konstruktora w Bielsku-Białej. Nigdy nie udało mi się zbudować wszystkich modułów (w projekcie było ich aż 21 typów, a niektóre z nich np. VCO, LFO czy VCA trzeba było zwielokrotnić oddzielnie dla każdej linii toru syntezy). Jednak to, co powstało nadawało się do muzykowania.

Tak powstały pierwsze nagrania, które rejestrowałem przy użyciu miksera i analogowego magnetofonu własnej konstrukcji. Eksperymentowałem też z akustycznymi nagraniami dźwięków otoczenia, odgłosów różnych przedmiotów, wszystko to później montowałem i zgrywałem z nagraniami z syntezatora. Z czasem brzmienie utworów było wzbogacane barwami innych syntezatorów, do jakich tylko udało mi się dotrzeć, korzystając z uprzejmości ich właścicieli. Na jednym z taki instrumentów w roku 1989 nagrałem utwór w znacznie lżejszej stylistyce niż poprzednio. Nagranie to przypadło do gustu słuchaczy, co zachęciło mnie do stworzenia innych kompozycji o podobnym charakterze.


WW: Czy opowiesz w jaki sposób tworzysz muzykę, skąd czerpiesz inspiracje, czy używasz instrumentów sprzętowych, czy korzystasz może z dobrodziejstw instrumentarium wirtualnego?

DZ: Na początku do dyspozycji miałem jedynie syntezator, mikrofon i taśmę. Wszystko nagrywane było na żywo, a ilość śladów na taśmie niewielka. Ten sposób tworzenia był bardzo ekscytujący, towarzyszyły mu emocje podobne tym przy występie na żywo... Z czasem zacząłem używać sekwensery midi, początkowo sprzętowe, a później programowe, co otworzyło zupełnie nowe możliwości. Utwór można było precyzyjnie zaprogramować w domu, a później w studiu nagrać na taśmę ADAT.

W końcu urządzenia o jakości studyjnej stały się powszechnie dostępne i dziś nie ma problemu z jakością rejestracji dźwięku. Obecnie korzystam z komputera z oprogramowaniem Cakewalk Sonar i interfejsu audio firmy Emu. W nagraniach wykorzystuję zarówno instrumenty sprzętowe (Korg, Yamaha, Emu, Roland, Ensoniq, M-Audio), jak i wirtualne (Cakewalk, Arturia, AAS, Native Instruments i wiele innych), nie tylko zresztą instrumenty, ale też efekty audio. Taka konfiguracja pozwala na swobodne tworzenie zarówno barw, jak i całej kompozycji. Obecnie moje utwory bliższe są już temu, co zamierzam stworzyć; dawniej był to raczej kompromis pomiędzy pomysłem, a możliwościami instrumentarium i reszty sprzętu.

Pomysły przychodzą spontanicznie, często inspirujący jest dźwięk sam w sobie. Zarówno ten naturalny, jak i syntetyczny. Zdarzało się, że na urlop zabierałem przenośną nagrywarkę i rejestrowałem otoczenie, zjawiska i różne naturalne odgłosy, aby później je wykorzystać. Co do dźwięków syntetycznych, to nadal jeszcze pamiętam wrażenie, jakie wywarła na mnie barwa organów Hammonda na żywo... Sama fascynacja takim dźwiękiem też miała różne formy: budując pierwszy syntezator fascynowało mnie nawet brzmienie zwykłej sinusoidy, kiedy w końcu udało się odpowiednio zestroić oscylatory. Później wyjątkowo interesujący okazał się dźwięk cyfrowy, jego czystość i możliwość jego teoretycznie przynajmniej, bezstratnego przetwarzania. W końcu, kiedy Arturia udostępniła swoją replikę instrumentu Moog Modular, powróciło pierwotne zainteresowanie barwami analogowymi, tym razem wolnymi od niedoskonałości, z którymi dawniej walczyłem.

WW: Jacy wykonawcy muzyki są Twoimi ulubionymi i dlaczego?

DZ: Słucham bardzo różnej muzyki. Jest całe mnóstwo twórców, od których można się wiele nauczyć. Wielu kompozytorów, zwłaszcza klasycznych cenię za ich umiejętność kreowania melodii i dobierania harmonii, choć na etapie tworzenia korzystali nierzadko z jednego tylko instrumentu - np. Beethoven, Mozart czy Bach. Czasem zastanawiałem się, jak brzmiałyby ich utwory, gdyby mieli do dyspozycji dzisiejsze instrumentarium. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do możliwości natychmiastowego usłyszenia rezultatów naszej pracy, ale w tamtych czasach tak nie było. Utwór powstawał na papierze, rzeczywiste brzmienie całości było możliwe do usłyszenia dopiero, kiedy zebrała się cała orkiestra. Zawsze mnie to fascynowało.

Kolejna grupa twórców, to Isao Tomita, Wendy Carlos, Ed Starink czy Kurt Riemann. Genialne interpretacje i adaptacje brzmieniowe utworów klasycznych. Pierre Schaeffer z kolei, eksperymenty dźwiękowe, rewolucyjne podejście do tworzenia muzyki, szukanie nowych źródeł inspiracji. Utwory trudne w odbiorze, ale interesujące i wciągające. Wreszcie, jeśli chodzi o klasyczną elektronikę to Marek Biliński, Jean Michel Jarre, Vangelis, Tangerine Dream i wielu, wielu innych również rodzimych autorów - podziwiam ich umiejętności wykonawcze, zdolności aranżacyjne, charakterystyczny dla każdego z nich klimat.

WW: Co sądzisz o polskiej muzyce elektronicznej i o muzyce elektronicznej generalnie, czy ma ona szanse na szersze zaistnienie w świadomości przeciętnego odbiorcy?

DZ: Muzyka elektroniczna istnieje w świadomości przeciętnego słuchacza w podobnym stopniu jak gatunki, których szczyt popularności przypadł na minione dekady. Nie dokonywałbym tu podziału na muzykę krajową i zagraniczną. Odbiorcy, których ten gatunek zainteresował mogą dziś, choć nie bez pewnego czasem wysiłku, dotrzeć do wielu wartościowych materiałów dzięki Internetowi.

Aby odpowiedzieć na pytanie, czy ma szanse na szersze zaistnienie, trzeba zastanowić się, kto i w jaki sposób miałby tą świadomość poszerzać. Tradycyjne radio i telewizja? Co stało się z audycjami prezentującymi elmuzykę? Oczywiście jest kilka imprez plenerowych, ale to niestety zbyt mało, aby przebić się przez siłę promocji popularnych gatunków muzycznych. Są też nadawcy internetowi, ale ich przekaz jest dostępny tylko do tych, którzy już są świadomi ich istnienia, a mówimy tu o dotarciu do nowych słuchaczy.

Poza tym to nie jest kwestia świadomości samej tylko muzyki elektronicznej, to generalnie problem ogólnego obniżenia się poziomu wiedzy ogólnej w wielu dziedzinach, co jest o tyle dziwne, że przecież dostęp do informacji (np. za pośrednictwem sieci) oraz ilość czasu spędzanego przed komputerem przeciętnego odbiorcy wzrasta. Ale to już inny temat.


WW: Czy według Ciebie muzyka elektroniczna ma perspektywy na dalszą ewolucję artystyczną, czy może uważasz, że w muzyce elektronicznej powiedziano już wszystko?

DZ: Wszystko wokół nas podlega zmianom, nawet my sami. Skoro twórca nabywa nowych cech, a inne ulegają przeobrażeniom, więc logiczny wydaje się wniosek, że jego twór, muzyka również podlega temu procesowi. Czas pokaże, jak te zmiany będą wyglądać...

WW: Daniel, czym jest dla Ciebie jako twórcy jest muzyka i obcowanie z jej delikatną materią?

DZ: Muzyka to uniwersalna forma przekazu wykraczająca poza bariery kulturowe i językowe, jest nośnikiem emocji. Muzyka pozwala się odprężyć i zrelaksować, może podnieść na duchu lub zniechęcić, może pobudzić do działania a nawet wzbudzić agresję lub ją ostudzić. Pobudza wyobraźnię, umożliwia emocjonalne uczestniczenie w wydarzeniach, które opisuje. Ciekawe jest to, że każdy odbiera muzykę na swój indywidualny sposób, buduje swój własny obraz, dodatkowo zależny jeszcze od sytuacji, w jakiej taki przekaz ma miejsce.

Dla twórcy muzyka to pewien rodzaj akustycznego zdjęcia. Pozwala utrwalić chwilę i odtworzyć ją nawet długi czas później, przywracając emocje, które towarzyszyły takiemu nagraniu. Działa to zarówno po stronie twórcy, jak i odbiorcy. Zdarza się przecież, że pewne utwory wywołują w nas wspomnienia charakterystycznych chwil, w których słyszeliśmy dany utwór.

Podobieństwo do zdjęcia jest również w tym sensie, że podobnie jak fotografia nie musi być specjalnie atrakcyjna, by przechować jakąś cząstkę nas samych z danej chwili, tak i utwór może przechować tą skumulowaną w tamtym momencie energię, mimo że wydaje się być prosty i nieskomplikowany. Czasem wystarczy kilka dźwięków. Dlatego wracamy do starych zdjęć i do starych nagrań.

WW: Ile albumów muzycznych i utworów skomponowałeś do tej pory, gdzie można posłuchać Twojej muzyki?, czy grasz koncerty?

DZ: Pod koniec lat osiemdziesiątych powstało kilka taśm zawierających opisane wcześniej muzyczne eksperymenty. W latach 1990-1992 nagrałem ok. 30 utworów stylistycznie bliższych szerszemu gronu słuchaczy, rozpowszechniane były na kasetach magnetofonowych (trzy albumy). W roku 1999 moja muzyka pojawiła się na płycie kompaktowej - album "Digital Tales", a cztery lata później stał się dostępny album "Beside the Silence". Ponadto kilka utworów pojawiło się razem z nagraniami innych wykonawców w ramach różnych projektów z muzyką elektroniczną. Odkąd z radiowej Trójki oraz innych, lokalnych rozgłośni zniknęły audycje prezentujące ten gatunek, to muzyka ta jest dostępna głównie w Internecie. Ale i tutaj sytuacja się zmienia - niektóre portale muzyczne, wspierających dotychczas muzykę elektroniczną zmieniają swoją ofertę muzyczną koncentrując się na bardziej dochodowych gatunkach muzycznych. Zapraszam na stronę www.danielzarzycki.com prezentującą aktualne informacje, gdzie można posłuchać mojej muzyki.

WW: Zauważyłem, że na Twoim profilu w Sound Cloud, można pobrać utwory za darmo! Co powoduje, że udostępniasz swoją twórczość nieodpłatnie, czy Twoim działaniom artystycznym przyświeca jakaś idea?

DZ: Powodem jest przede wszystkim chęć udostępnienia muzyki zainteresowanym odbiorcom. Chodzi nie tylko o umożliwienie zapoznania się z klimatem moich utworów, ale również o możliwość zabrania tej muzyki ze sobą. Nie będzie odkrywcze, jeśli powiem, że ludzie nie są u nas przyzwyczajeni do kupowania muzyki. Często zniechęca ich narzucona przez dystrybutora cena lub inne trudności, np. przy zakupie z terenu naszego kraju na iTunes lub Amazon. Z serwisu Sound Cloud zacząłem korzystać po tym, kiedy Wirtualna Polska zamknęła swoją Strefę MP3. Ale to tylko część moich nagrań, większość z nich nie może być udostępniona za darmo ze względu na umowy z wydawcą.

WW: Daniel, jakie są Twoje zamierzenia i plany artystyczne na najbliższy czas?

DZ: Aktualnie pracuję nad cyfrową reedycją nagrań z lat 1990-1992. Pierwszy z trzech nagranych wówczas albumów, zatytułowany "Atmosphere" powinien być dostępny jeszcze w tym roku. Na przygotowanie do publikacji oczekuje też materiał live zarejestrowany w czasie jam session. Powstają też utwory na nowy album studyjny oraz do projektu "Contemporary Electronic Soundscapes".

WW: Czego można zatem życzyć Danielowi Zarzyckiemu?

DZ: Aby zrealizować wspomniane plany potrzebny jest czas, którego zazwyczaj pozostaje niewiele. Może życzyć mi trzeba umiejętności lepszego zarządzania czasem, skoro nie da się go inaczej zdobyć? :)

WW: Daniel jeszcze raz dziękuję Ci serdecznie za to, że podzieliłeś się z nami swoimi przemyśleniami oraz nietuzinkową i wspaniałą muzyką!


ElMjuzik

5 komentarzy:

  1. Ciekawe drogi prowadzą do centrum elektronicznej mocy. Tekst skłania do przemyśleń i przybliża pojęcie życiowej pasji. Przesłuchałem kilka nowszych utworów i fajnie grają. Dziękuję za wywiad.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam. Czy posiada Pan jeszcze tą konstrukcję syntezatora wg Pana Grzegorza Wodzinowskiego. Interesuje mnie ten syntezator. Chcę wrócić do swoich dawnych marzeń i kto wie, może uda mi się go skonstruować. Pozdrawiam. Sławek. Mój adres: adgar111@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimie!
    Nie ma sensu w czasach instrumentów cyfrowych "bawić się" w analogowe syntezatory. Bawiłem się w to tylko dlatego, że miałem dostęp do części, a w sklepach nie było nic godnego polecenia z tej materii. Jak chcesz spełnić swe marzenia z tamtych lat, to kup sobie Yamahę PSR-S750 (w miarę tania) i poszperaj po forach internetowych, na których znajdziesz i nowe głosy dla instrumentu i style, jak trochę znasz się na elektronice, to w bardzo prosty sposób możesz sprzęgami MIDI dodać nawet 15 klawiatur (manuałów) :), nie wspominając o klawiaturze nożnej (pedale). Jak jesteś bogatszy to polecam Tyros'a 5 Yamahy i tak samo do niego możesz dodać klawiatury. Na YouTuba masz takie "rozszerzone" Yamahy pod nazwą np. Twin Tyros, albo Great Tyros.
    Przyjemnie, że jeszcze ktoś m nie pamięta...
    Pozdrawiam, Grzegorz Wodzinowski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Grzegorzu, Pamiętamy... Pańskie projekty sprzętu muzycznego z tamtych lat pozwalały nam się rozwijać nie tylko muzycznie, ale i technicznie... Na kolejne części projektów z Radioelektronika czekało się jak na utęsknioną wiosnę... Dziękujemy!

      Usuń